Dla Was piszę

13 listopada 2014

Rose Eternelle Jardin de France

Dzisiejsza notka niech będzie moim podziękowaniem dla Reni. To dzięki niej poznałam Mon Credo.
Nie znam kobiety, która nie chciałaby pachnieć wyjątkowo. Inaczej niż wszystkie. Uwielbiam wyróżniać się zapachem. Mon Credo daje taką szansę dzięki niszowym markom.


Z Bogatej oferty Mon Credo wybrałam dla siebie wodę kolońską od Jardin de France. Rose Eternelle. 


Nie mogło być inaczej. Uwielbiam róże! O każdej porze roku!
Rose Eternelle to „kompozycja kwiatowa pełna kobiecości i elegancji. W sercu zachwyca nieodparty urok róży, królowej kwiatów, w towarzystwie  pudrowego irysa. Całość zamyka głęboka drzewna baza.”


Moja interpretacja zapachu:
W Rose Eternelle zamknięto wieczne piękno róży. Dystyngowane i ponadczasowe. Wymykające się definicjom. Róża w tej kompozycji  zachwyca swoją czystością. Żadnej fałszywej nuty. Nic infantylnego. Nie jest słodka. Jest świeża. 


Liść fiołka wydobywa ową świeżość. Nuta pudrowego irysa ociepla wizerunek. Nuty drzewne podkreślają charakter królowej. Ową różę przyjemnie się nosi. Zapach trzyma się blisko skóry, nie stara zdominować się otoczenia. Zwraca jednak uwagę. Rose Eternelle to królewska woń. Czuje się z nią wyjątkowo dobrze. 


Tyle o samym zapachu. Wybrałam dla siebie duży flakon o pojemności 245 ml. Prosta stylistyka.

Niestety ma jeden mankament. Nie posiada atonizera. Poradziłam sobie z tym problemem. 

A same zakupy? Zakupy w Mon Credo to ogromna przyjemność.    


11 listopada 2014

Mleczko oczyszczające "Plus" z bio-serwatką Bioturm

Przygotowując  się do napisania dzisiejszej notki sprawdziłam czy kosmetyk, o którym będzie opowieść jest jeszcze dostępny w sklepie, w którym go kupiłam. Z wielkim żalem muszę napisać, że nie ma go już w Green Line. A taką miałam ochotę na kolejne opakowanie Mleczka oczyszczającego „Plus” z bio-serwatką do cery wrażliwej.


Na etykiecie mleczka czytamy:
„Łagodzące mleczko o bardzo delikatnym, kremowym zapachu. Odpowiednie do demakijażu cery wrażliwej i alergicznej. Bio-serwatka, skwalan i olej z pestek moreli pielęgnują i łagodnie oczyszczają skórę, zapobiegając jej przesuszeniu.”

Inci: Aqua, Helianthus Annuus Hybrid Oil*, Glycerin, Alcohol, Simmondsia Chinensis Seed Oil*, C14-22 Alcohol, Cetearyl Alcohol, Coco-Glucoside, Squalane, Glyceryl Monostearate, Lac*, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, C12-20 Alkyl Glucoside, Tocopherol, Parfum, Oryzanol, Xanthan Gum, Lactic Acid, Citronellol, Limonene, Linalool
* - z kontrolowanych upraw ekologicznych.”


Moja opinia:
Rozpocznę od wydajności tego mleczka. Kupiłam go w połowie lipca. Mleczko skończyło się w połowie października. 150 ml wystarczyło więc na 3 miesiące. Używałam go do porannego i wieczornego oczyszczania twarzy. Mogę więc spokojnie powiedzieć, że jest bardzo wydajne.  O wydajności niewątpliwie decyduje konsystencja. Mleczko nie było ani zbyt gęste, ani zbyt rzadkie. Taka konsystencja śmietany. Zapach był delikatny, lekko mleczny. Mleczko to kupiłam z ciekawości. Z reguły tego typu kosmetyki należy usuwać z twarzy za pomocą wilgotnych płatków kosmetycznych. To mnie od mleczek odstrasza. O tym mleczku przeczytałam, że należy go spłukiwać wodą. I tak też robiłam. Na lekko wilgotną twarz nanosiłam odrobinę mleczka, chwilę masowałam i spłukiwałam wodą. Buzia czysta i gotowa do dalszych pielęgnacyjnych zabiegów bardzo to mleczko polubiła. Nie mam cery zbytnio wrażliwej. Czasami zdarzają się jakieś podrażnienia na suchych policzkach. Używając tego mleczka stwierdziłam, że suche policzki znormalniały.

Mam nadzieję, że mleczko jeszcze będzie dostępne. To nie pierwszy kosmetyk marki Bioturm, który bardzo dobrze służy mojej cerze i włosom.  Popatrzcie co jeszcze jest w moim „bioturmowym” koszyczku.  


Niektóre z kosmetyków zmieniły opakowania. O szamponie już Wam pisałam tutaj. Który z kosmetyków przykuł Waszą uwagę? Też macie takie kosmetyki, które dobrze Wam służyły, a Wy nie mogłyście już ich kupić?


10 listopada 2014

"Zamień chemię na jedzenie*" Julita Bator

Zdrowe życie, które staram się wieść rozciąga się na wiele płaszczyzn. Moim Czytelniczkom mogło by się wydawać, że ograniczam się tylko do naturalnych kosmetyków. Otóż nic bardzie mylnego.  Staram się przede wszystkim zdrowo żywić moją rodzinę. Wyboru takiego dokonałam dość dawno temu. Zdrowe kosmetyki przyszły trochę później. Znajomi często pytają o przyczyny takiej decyzji. Długo by opowiadać na ten temat.  Nie zawsze udaje mi się zawsze przekonać moich rozmówców. Niedowiarkom proponuję lekturę „Zamień chemię na jedzenie” Julity Bator.


U wydawcy przeczytamy:
„Książka, która nie zawiera chemii ani polepszaczy smaku!
Co to znaczy zdrowo się odżywiać? Zacznij od unikania chemicznych dodatków. Nie tylko nie są potrzebne, one szkodzą! Jednego czekoladowego batona można przegryźć bez obaw, ale rozmaite barwniki, słodziki, wzmacniacze smaku i aromaty zjedzone także w płatkach śniadaniowych, w domowej(!) zupie czy lodach sumują się. I rujnują twoje zdrowie. Są przyczyną alergii, niestrawności, złego samopoczucia, a być może także zespołu ADHD.
Niewiele przeprowadzono rzetelnych badań dotyczących sztucznych dodatków do żywności. Julita Bator weryfikuje dane od producentów. Ponieważ dzieci autorki wykazują silną alergię na „polepszacze” i konserwanty musiała zmienić styl odżywiania się i życia całej rodziny. Od czterech lat próbuje, nie wydając dużych sum na kupowanie wyłącznie ekologicznych produktów, żyć bez „chemii”. Jej książka może być dla nas przewodnikiem po kuchni, która pachnie tak, jak jedzenie pamiętane z naszego dzieciństwa.
W dwudziestu rozdziałach udziela porad, jak unikać szkodliwej żywności, ale także jakie naczynia stosować w kuchni, jak przemycać wartościowe produkty w potrawach. Podaje 83 przepisy, które przywracają polskiej kuchni dawną, utraconą przed laty świetność.”

Ja wybrałam już dawno zdrowe jedzenie. Książka dla mnie nie jest szczególnie odkrywcza. O spożywczej chemii mam bowiem dość dużą wiedzę. Przykładem niech będzie cukier i jego zamienniki.


Niemniej jednak przeczytałam książkę z zainteresowaniem. Poleciłabym ją wszystkim tym, którzy są na początku drogi do zdrowszego życia. Publikacja ta porządkuje moją wiedzę. 
W książce zawarto dużo interesujących i zarazem prostych przepisów. 
Lubicie ciecierzycę? Ja owszem. 


Prawda, że proste?

Kolejny raz przekonuję się o tym, że żyjemy w chemicznym świecie, na który nie tylko ja się nie godzę. Lekturę polecam także sceptykom. I nie mówcie, że się nie da, bo chemia dookoła. Wszystko jest kwestią świadomego wyboru. Trzeba chcieć i próbować. 
Znacie może tę książkę?


2 listopada 2014

Projekt Denko - październik 2014

Rozmyślając o dzisiejszej notce bardzo mocno zastanawiałam się czy pokazywać denko. Ja Wasze denkowe notki bardzo lubię czytać i oglądać. A  u mnie? Zawsze bardzo skromnie.



Rozpocznę od kolorówki.
1. Preferuję makijaż mineralny. Cieni zgromadziłam chyba na najbliższe sto lat. Na szczęście co jakiś czas któryś z cieni lituje się nade mną i się skończy. Od ponad roku towarzyszył mi cień Everyday Minerals w odcieniu Parasail. To bardzo jaśniutki beż lekko wpadający w róż, idealny pod łuk brwiowy. Z chęcią kupiłabym kolejne 1,7 g na następny rok. Niestety muszę znaleźć inny. Nie ma go już w ofercie.



2. Równie długim stażem u mnie może poszczyć się Eye Primer - Naturalna baza pod cienie marki Lily Lolo. Moją bazę kupiłam we wrześniu ubiegłego roku. W ciągu roku mało mam dni bez makijażu. Wynik dla wydajności bazy jest więc rewelacyjny. Producent zaleca używanie produktu przez 6 miesiący od otwarcia. Wierzcie jednak, że z moją baza nic złego się nie działo mimo tego, że towarzyszyła mi 12 miesięcy. Nowe opakowanie już mam. Recenzję bazy przeczytacie tutaj.

3. Nieodłącznymi moimi towarzyszami są mydła Savon du Midi. Tym razem były to Lemongrass i Garrique.  O moich doskonałych mydłach przeczytacie tutaj.



4. Skoro jesteśmy w temacie mycia odkryłam bardzo dobre mleczko do demakijażu. Recenzja mleczka oczyszczającego z bio-serwatką Bioturm ukaże się jeszcze w listopadzie.



5. Jesienią uwielbiam otaczać się orientalnymi zapachami. Z pewnością jeszcze nie jedna tubka Orientalnego scrubu do ciała z olejem arganowym So Bio etic będzie rozpieszczać moje ciało. Dla przypomnienia recenzja (klik).



7. Z nowymi maseczkami Lavery rozpoczęłam dopiero moją przygodę. O jednej z nich przeczytacie tutaj.

8. Na sam koniec zostawiłam bubel. Wśród naturalnych kosmetyków też takie się zdarzają. Ja drugiej szansy nie dam Odżywczemu kremowi do rąk z masłem shea i masłem z dzikiego mango Born to Bio. Krem zupełnie się nie sprawdził. To mój pierwszy taki przypadek.

Tak oto prezentuje się moje październikowe denko. Które z tych kosmetyków znacie? Podzielacie moje o nich opinie?

28 października 2014

Relaksujące masło do ciała Martina Gebhardt

Jesienią nastaje u mnie czas bogatszej pielęgnacji. Nie lubię zimna i nie służy ono moje skórze. Rozpieszczam więc ciało olejami, balsamami i masłami. Wiosną kupiłam Relaksujące masło do ciała Martiny Gebhardt. Latem zrezygnowałam z tego masła. Teraz do niego wróciłam.


Opis producenta jest skromny:
„Bogate w substancje odżywcze, delikatnie rozpływające się w dłoniach masło, które intensywnie zmiękcza i wygładza wszystkie partie skóry.

Skład: olej słonecznikowy°, oliwa z oliwek°, wosk pszczeli°, olej kokosowy*, masło shea*, masło kakaowe°, olej migdałowy°, olejek rokitnikowy*, wyciąg z oczaru wirginijskiego°, wyciąg z lawendy wąskolistnej°, wyciąg z kwiatów hibiskusa°, aromat°, cytronelol**, geraniol**, linalol**.
° składniki pochodzące z upraw kontraktowanych przez Demeter
* składniki pochodzące z kontrolowanych upraw biologicznych
** komponenty naturalnych olejków eterycznych.”


Moja opinia:
Masło dostajemy w mlecznobiałym szklanym słoiczku. Odkręcamy i … do nozdrzy dociera zapach. Ale jaki! Piękny, owocowy, smakowity. Cytrusy i mango, z odrobiną wanilii. Tak ten zapach odbieram. To najlepiej pachnące masło do ciała jakie miałam. Ten zapach relaksuje i uzależnia. Często spotykam się z zarzutami, że słabym punktem naturalnych kosmetyków jest zapach.  Uważam, że tak twierdzą osoby, które nie sięgają zbyt często po naturalne kosmetyki. Zapach tego masła jest intensywny i niepowtarzalny.
Zapach już poznaliśmy. Masło ma jasnopomarańczową barwę. Taką słoneczną. 


Konsystencja jest lekka. Żadnych grudek. Pod wpływem ciepła dłoni szybko się rozpuszcza. Rozsmarowuje się dobrze. Masło to wykorzystuję również do masażu relaksacyjnego. W masażu daje dobry poślizg. Dobrze się wchłania. Nie bez przyczyny nazwano go relaksującym. Jego używanie daje relaks i ogromną przyjemność.
Masło kosztuje 76 zł. Warte jest swojej ceny. Kupiłam je w Green Line.

Lubicie masła do ciała?


27 października 2014

Maseczka do twarzy głęboko oczyszczająca Lavera

Maseczki w pielęgnacji twarzy są nieodzowne. Każda z nas o tym wie. Ja w ostatnich miesiącach znacznie mniej uwagi poświęcałam własnym potrzebom. Zabiegana byłam bardzo. Wszystko to negatywnie się na mnie odbiło. Na zdrowiu, na cerze. Nawet nie wspominam, że na bloga również nie mam tyle czasu ile bym chciała. Jeśli chodzi o maseczki to nie ma żadnego usprawiedliwienia. Przecież nałożenie maseczki nie jest ani trudne, ani czasochłonne. Postanowiłam bardziej o siebie zadbać. Maseczka dwa razy w tygodniu być musi. Takie sobie wyznaczyłam minimum.
W ten mój plan dobrze wpisują się nowe maseczki Lavery.
Na pierwszy ogień z trzech nowych maseczek Lavery, które kupiłam  poszła Maseczka do twarzy głęboko oczyszczająca.


Producent tak rekomenduje maseczkę:
 „Delikatnie rozjaśnia skórę i nawilża ją. Sól z Morza Martwego i limonka dogłębnie oczyszczają skórę z martwego naskórka oraz zanieczyszczeń.
Składniki aktywne:
sól z Morza Martwego: rozjaśnia i oczyszcza skórę, działa przeciwbakteryjnie i dezynfekująco.
ekstrakt z limonki: odświeża skórę, intensywnie nawilża oraz pobudza mikrokrążenie skóry.


Skład: Water (Aqua), Silica, Glycerin, Alcohol*, Xanthan Gum, Coco-Glucoside, Sea Salt (Maris Sal), Zinc Oxide, Titanium Dioxide (CI 77891), Citrus, Limon Fruit Extract*, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Water*, Potassium Cetyl Phosphate, Zinc PCA, Magnesium Aluminum Silicate, Citric Acid, Lactic Acid, Tartaric Acid, Sodium Hyaluronate, Fragrance (Parfum)**, Linalool**, Citronellol**, Limonene**, Benzyl Salicylate**, Geraniol**
* składniki z upraw ekologicznych
** naturalne olejki eteryczne.”


Moja opinia:
Maseczka w saszetce o pojemności 8 ml przeznaczona jest do jednorazowego użytku. Taka ilość wystarcza na dokładne pokrycie twarzy i szyi.  Maseczka ma śnieżnobiałą barwę. Pachnie delikatnie, bardzo przyjemnie. Konsystencja jest dość rzadka. Maseczka jednak nie spływa z twarzy. Po około 10 minutach delikatnie zasycha, ale nie tak jak maseczki z glinki. Producent zaleca trzymanie maseczki na twarzy 10 minut. Ja miałam ją 15 minut. Nie wpłynęło to na podrażnienie cery. Maseczkę zmywałam wodą wykonując delikatny masaż. Pod palcami wyczuwam delikatne drobinki. To sól. 


Maseczka dobrze oczyszcza skórę. Nie podrażnia. Trochę się tego obawiałam z uwagi na jej obecnoścć W mojej ocenie jest bardzo łagodna. Kupiłam tylko jedną saszetkę w sklepie Zdrowe Kosmetyki (klik). Wiem, że tych saszetek będzie więcej. Moja cera polubiła tę nowość Lavery.



Natknęłyście się już może na nowe maseczki Lavery? Odpowiadają Wam maseczki w saszetkach?


26 października 2014

Wygrana u Pati z Kosmetycznej Wyspy

Dzisiaj chciałabym pochwalić się Wam wygraną u Pati z Kosmetycznej Wyspy. Pati wspólnie z Femi zorganizowała konkurs, w którym … wygrywał każdy. Tak, każdy. Uczestniczki konkursu otrzymały 20 % rabat na kosmetyki Femi. Była to kreatywna zabawa. Oprócz tego trzy uczestniczki otrzymały śmietankę Aqua Express do demakijażu. Ja jestem jedną z tych szczęściar!



Bardzo się cieszę z tej wygranej. Ostatnimi czasy dopadała mnie chandra, szare myśli. Informacja o wygranej przepędziła ponure myśli. No bo wiecie nic nie sprawia kobiecie większej radości niż nowa kiecka, nowe kosmetyki i zakupy. Zakupy oczywiście w Femi już zrobiłam. 
Za używanie śmietanki także się już zabrałam. Akurat skończyło mi się mleczko Bioturm. Na recenzję oczywiście przyjdzie czas. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...